Ślimak
Co za zdumiewające odkrycie ! I jakie zaskakująco, oczywiście po głębszym przyjrzeniu się sprawie, prawdziwe !
Dyrektorka szpitala była … ślimakiem 😉
Miała cały swój domek zawsze ze sobą : synowa zabezpieczała sekretariat, córki pracowały na kilku oddziałach, syn dorywczo, aczkolwiek bardzo intratnie, zajmował się bieżącymi problemami z komputerami. Była bardzo powolna, bardzo spokojna i bardzo zgodna. Tylko jakaś taka… nie do zatrzymania. Aby tylko się kręciło, aby byli pacjenci na zakontraktowane świadczenia i było kim te świadczenia wykonać. Nie ważne jak, ważne ile.
Wciąż powtarzała, że bez nas, bez personelu, nic by się nie wydarzyło, że to my jesteśmy wykonawcami tego przedsięwzięcia, sprawcami tego wszystkiego, że sama przecież nic by nie zrobiła. Że jesteśmy aż tak ważni.
Patrzyła na ciebie jak na ….( no właśnie ! ), jak na liść sałaty.
Bez złości, bez chciwości, bez jakiegoś wyraźnego uczucia. Jakby patrząc, pytała siebie, co z tobą zrobić, na co możesz jej się przydać, jak może ciebie użyć. Jakbyś był przedłużeniem jej rąk. Rąk zbyt krótkich by sięgnąć po to co chciała.
Ten wgląd odprężył ją, jakoś tak ześrodkował. Sprawił, że znów poczuła się pewna siebie, stabilna. Wiedziała co czuje, wiedziała co myśli i widziała tą sytuację z szerokiej perspektywy.
Energia, którą odzyskała, dokonała reszty. W pracy mogła tylko patrzeć na efekty, które niejako ‚same się pojawiły’.
Mogła podziwiać tą czystą, pierwotną i piękną biologiczną siłę. MOC, która porządkowała Świat bez krzyku, bez przemocy, bez nadużycia.
Moc biologicznej agresji znowu była z nią.
Hrabina.
