Znowu ściskało ją w dołku. Wracała do pracy po urlopowej przerwie i to ją kompletnie rozbijało. Ten znajomy, bolesny skurcz żołądka. Nie mogła nic przełknąć, nie mogła na niczym się skupić, właściwie o niczym innym nie mogła myśleć. Przed oczami miała wciąż jeden obezwładniający obraz : zagracone, nieuporządkowane, brudne, i ..używane (!), jej biurko. Używane nie przez nią,, używane bez jej zgody, używane haniebnie i bez najmniejszego zastanowienia się, bez szacunku,  używane podczas jej nieobecności. Tak było zawsze, gdy szła na urlop lub wyjeżdżała w kilkudniową delegację. Żadne rozsądne uwagi, prośby z jej strony, racjonalne tłumaczenia nie odnosiły absolutnie żadnego skutku, Jak grochem o ścianę, jak krew w piach. Scenariusz powtarzał się, a właściwie ewoluował. Było coraz gorzej. Nie tylko biurko było zdemolowane, ale również jej osobiste rzeczy, jej filiżanka i kubek do kawy, zdjęcie jej córeczki, które miała zawsze na półce obok biurka, jej długopisy walały się wokół i po podłodze, a pod biurkiem stał kosz z którego wysypywały się  śmieci. Nie jej śmieci. Ten obraz wręcz ją prześladował. Paraliżował ją. Odbierał chęć do życia. 

Nie potrafiła nic z tym zrobić, nie potrafiła tego ogarnąć rozumem, który przecież miała niepośledni, a nawet, mówiąc szczerze, sporo ponad średnią krajową. Nie potrafiła tak naprawdę tego poczuć. Mimo 4 lat terapii. Terapii, na którą trafiła po nagłym, niewyjaśnionym zresztą do tej pory, paraliżu prawej strony ciała. Cotygodniowe spotkania, które pomagały rozwiązywać bieżące, codzienne problemy, które ją stabilizowały w powszednim życiu i dawały oparcie w chwilach paniki, były bezużyteczne w tej sprawie. Jakby było tam coś zakryte dla jej oczu, zasłonięte przed racjonalnym umysłem, coś, do czego nie mogła się dostać, bo było chronione, było objęte Nieświadomością.

Tylko niejasne, jakby za mgłą,  przeczucie, z którym nie wiedziała co zrobić, błąkało się gdzieś na dnie jej duszy. Przeczucie, że już kiedyś, gdzieś,  była tak używana. 

                                                               H.