Matka
Wymykała jej się z rąk. Uciekała w swój świat. Świat niedostępny dla niej, jej matki. Świat radości, ochoty, kontaktu, współbrzmienia i współodczuwania. Świat jasny, przesączony promieniami światła jak cisza brzmiąca w uszach. A przecież była jej słońcem, była dla niej tą jasną, ognistą energią Życia, której sama nie miała. Była jej tarczą przed światem, żywym świadectwem JEJ życia, JEJ macierzyństwa. Udowadniała światu, że jest dobrą matką, dobrą żoną, dobrym człowiekiem. Że jest DOBRA. Przecież nie można wychować takiego dziecka będąc złą matką. Ale w głębi siebie wiedziała, że nie jest dobra. Nie jest nawet niedobra. Jest zła, zła do szpiku kości. Nienawidzi nienawiścią niezawinioną, nienawidzi z całego serca, nienawidzi z całej niepoznanej swojej duszy. Właśnie za tą radość, właśnie za to niczym nieskrępowane bycie ze światem w zgodzie. Za ten, niepojęty dla niej, zachwyt chwilą, za zdumienie śpiewem ptaka, czy skowytem psa.
Nie rozumiała jej świata i nie chciała wiedzieć dlaczego go nie rozumie. Było jej to obojętne. Wściekała się tylko, gdy córka próbowała jej to wytłumaczyć, próbowała ją ‚zarazić’ swoim zachwytem, zarazić pogodą ducha – ducha, którego przecież nie miała i dobrze o tym wiedziała.
Równie dobrze wiedziała, że bez córki nie przeżyje, nie w standardzie, do którego zdążyła się już przyzwyczaić. Była jej potrzebna jak tlen, jak woda i ziemia. I wiedziała już, że sięgnie po wszystkie dostępne jej środki, żeby zatrzymać to dziecko przy sobie.
Arsenał, po który sięgnęła, sparaliżował jej córkę na wiele lat i na wiele lat spacyfikował wszelkie jej próby separacji od matki.
Wiele lat upłynęło, zanim pojawił się Ktoś, kto umiał to wszystko zobaczyć, kto umiał to nazwać i umiał pomóc zintegrować.
H.
