Terapeutka ajurwedy pojawiła się niczym światełko w tunelu. A więc jest jeszcze nadzieja, jest szansa zatrzymać ten koszmar. Bo starzenie się było dla niej koszmarem, najczarniejszą dziurą, z której nie widziała wyjścia. Nie lubiła swojego ciała ( nie lubiła go nawet, gdy była młoda, a cóż dopiero teraz, kiedy odmawiało posłuszeństwa ! ), nie lubiła swojego życia, właściwie nie lubiła niczego. Świat jawił jej się jako nieustanna rywalizacja, zmaganie i permanentna walka. Musiała walczyć aby udowodnić, że jest jaka jest, czyli mądrzejsza, sprawniejsza, bystrzejsza…, po prostu lepsza niż reszta. Jakoś nikt nie chciał dostrzec w niej tego, co ona sama widziała bardzo wyraźnie od najmłodszych lat, a mianowicie, że przeważająca większość tego świata najzwyczajniej nie dosięga jej do pięt. Ludzie ogólnie byli słabi. Beznadziejnie słabi. Byli leniwi, głupawi, nieporadni. Wymagali opieki, troski, wsparcia, i, co najgorsze, byli zależni jedni od drugich, byli niesamowystarczalni ! Nie mieli samozaparcia w dążeniu do celu, nie mieli wystarczającej motywacji aby walczyć o swoje, byli tacy beznadziejnie nieporadni. Szczerze gardziła gatunkiem ludzkim w którym przyszło jej żyć. Gdyby nie starość, nic nie zakłóciłoby tego porządku. Nadal udowadniałaby światu jak bardzo od niej odstaje, jak bardzo pozostał w tyle i za nią nie nadąża.
Ale starość pojawiła się i nie chciała poddać żadnym, absolutnie żadnym (!) jej zabiegom. Nie chodziło o zmarszczki, tymi chwaliła się podkreślając swój zaawansowany wiek i towarzyszącą mu wspaniałą sprawność i aktywność. Po cichu i bez ostrzeżenia niezawodność ciała zaczęła zawodzić. Za wszelką cenę chciała to zlekceważyć, unieważnić, nie widzieć tego. Ale nie dało się dalej udawać, że nic się nie dzieje. Wysiadał jej wzrok, ręce słabły i trzęsły się, nie dawała już rady biegać po górach jak kiedyś, no i w całym mieszkaniu czuć było moczem, bo nie nosiła pampersa, mimo, że chyba powinna…., no powinna.
Nienawidziła tego stanu rzeczy, nienawidziła ludzi, którzy ten pożałowania godny stan rzeczy widzieli, ale najbardziej nienawidziła tych, którzy ośmielali się proponować pomoc. Pomoc JEJ, jej, która nigdy nie potrzebowała pomocy, która sama tę pomoc oferowała, która była przecież ponad to, ponad zwykłe, przeciętne, słabe życie. Jej, która ze wszystkim dawała sobie świetnie radę sama ! Co za tupet, co za bezczelność ! Na samą myśl o takiej arogancji dostawała apopleksji. Niech im się nie wydaje, że pozwoli komukolwiek panować nad sobą, komukolwiek rządzić sobą, albo, że uzależni się od kogokolwiek Nie ma mowy! To ona rozdaje tutaj karty, to ona decyduje, kiedy i jak skończy tę grę. Tylko ona. Nikt więcej. Niech patrzą i się uczą, nieudaczniki.
Ajurweda to przecież najstarsza medycyna świata, musi znać sposoby na długowieczność. Sprawną długowieczność. Dawno temu ludzie żyli po kilkaset lat…. taki Abraham na przykład 175, a Noe …950.
O karuzeli życia mogła opowiadać godzinami, choć nigdy, tak naprawdę, na nią nie wsiadła, a w gabinecie luster bezlitośnie tłukła te, w których odbicie nie zgadzało się z jej wyobrażeniem. Lunapark świecił tysiącem lampek, błyszczał kolorową folią, dudnił i pochłaniał każde istnienie. Moulin Rouge za niewielkie pieniądze.
Hrabina.
