Pomalutku, mozolnie, konsekwentnie budowała siebie. 

Od matki dostała tylko pogardę i nienawiść. Od ojca potrzebę.

Właśnie zdobyła nową pracę. Zdobyła, to było właściwe słowo, bo nikt nie wierzył, że jej się uda, że może wyjść poza nawias, poza ramę, w którą wcisnęła ją matka. 

Nikt, poza ojcem. Ale on bał się matki jak reszta, więc tylko po cichu, mrugnięciem oka lub uśmieszkiem posłanym jej z opuszczoną głową, tak, żeby nikt inny nie widział, dawał jej znak, że się cieszy, że jest z nią, że trzyma kciuki. Że razem nie dadzą się matce, że mają „sztamę”, przynajmniej przed nią.

Nie miała na czym się oprzeć, nie miała nikogo, na kim mogłaby się wzorować, albo chociaż szukać zrozumienia, akceptacji. 

Starszy brat żył w jakimś innym świecie, zupełnie dla niej niedostępnym. Nie rozumiała go, nie rozumiała jego postępowania i nie miała pojęcia dlaczego opowiada czasem takie bzdury. Bzdury nie mające kompletnie sensu, nie nadające się do świata i dla świata. Był oderwany od rzeczywistości ! Jednocześnie wiedziała, że nie może przed nim się odkryć. Nie może być z nim szczera, nie może pokazać swojej prawdziwej twarzy. Kiedy parę razy próbowała głośno wyrazić swoje zdanie, powiedzieć mu jak ona to widzi, reagował takim zdziwieniem   i niedowierzaniem, że aż cała kuliła się w sobie, marząc aby jak najszybciej zapomniał o sprawie.  

Nowa, intratna i prestiżowa posada pozwalała jej odbić się od dna, albo raczej wyjść z próżni, w której tkwiła od skończenia studiów.

Nowa pozycja zamknęła też usta matce, która nie mogła już się na niej wyżywać nazywając ją mało bystrą, zarozumiałą, zbyt pewną siebie, czy ‚tą od Cyganów’.

Teraz rzeczywistość stawała się klarowna i stosunkowo prosta. Zdobywanie coraz większych pieniędzy, awans, budzenie respektu, żeby nie powiedzieć, strachu, wśród współpracowników, to było to, co dawało jej poczucie sensu. Poczucie, że wie po co żyje i wie co robić.  Więcej, wyżej, dalej, mocniej, straszniej, po prostu BARDZIEJ>  

Czuła się lepsza od rzeszy naiwnych, zagubionych i zadających zbyt dużo niewłaściwych (czytaj : głupich) pytań ludzików. Czuła się większa. Mądrzejsza. Sprytniejsza. Wiedziała o co w tym wszystkim chodzi, o co chodzi w życiu.

I tylko od czasu do czasu brat wytrącał ją z równowagi. 

Był tak szczery i autentyczny, tak naiwnie, rozbrajająco głupi, że gdzieś, na jakimś najgłębszym swoim dnie, czuła straszny strach. Strach obezwładniający, strach rzucający na kolana, przygniatający do ziemi, pozbawiający oddechu. 

Strach unicestwiający. 

Strach, że może jednak jest inne życie, inna prawda.

Ale wtedy szybko zbierała się w garść. Liczyła swoje trofea i znów mogła spoglądać z góry na maluczkich.

                                                                            Hrabina.